NEWS
Niepokojące w tej historii nie jest to, co powiedział Włodzimierz Czarzasty (niepoinformowanym podrzucam linki w drugim komentarzu), lecz to, jak zareagowały Stany Zjednoczone. Bo jeśli w demokratycznym państwie marszałek parlamentu nie może publicznie wyrazić krytycznej opinii o amerykańskim polityku – nawet ostrej, nawet niesympatycznej – bez uruchamiania dyplomatycznych sankcji, to znaczy, że ktoś tu fundamentalnie nie rozumie, czym jest partnerstwo. Albo udaje, że nie rozumie.
„Niepokojące w tej historii nie jest to, co powiedział Włodzimierz Czarzasty (niepoinformowanym podrzucam linki w drugim komentarzu), lecz to, jak zareagowały Stany Zjednoczone. Bo jeśli w demokratycznym państwie marszałek parlamentu nie może publicznie wyrazić krytycznej opinii o amerykańskim polityku – nawet ostrej, nawet niesympatycznej – bez uruchamiania dyplomatycznych sankcji, to znaczy, że ktoś tu fundamentalnie nie rozumie, czym jest partnerstwo. Albo udaje, że nie rozumie.
Włodzimierz Czarzasty nie obraził państwa amerykańskiego. Nie zakwestionował sojuszu, nie podważył zobowiązań militarnych, nie nawoływał do zerwania relacji. Zrobił coś znacznie prostszego i – z punktu widzenia demokracji – zupełnie normalnego: wypowiedział ocenę polityczną na temat Donalda Trumpa. Ocenę, która może się nie podobać, która może drażnić, ale która mieści się w katalogu rzeczy, jakie politycy w wolnym świecie mówią codziennie – także o Polsce, także o Europie, także o sojusznikach USA.
Reakcja była jednak nieproporcjonalna i demonstracyjna. Zerwanie kontaktów. Publiczny komunikat. Dyplomatyczny foch ubrany w język moralnego oburzenia. To nie była spontaniczna emocja ambasadora – to był sygnał wysłany z pełną świadomością skutków. Sygnał brzmiący mniej więcej tak: „są granice tego, co w Polsce wolno mówić o Ameryce, a my będziemy ich pilnować”.
I właśnie tu zaczyna się problem, który wykracza daleko poza personalia Czarzastego. Bo marszałek Sejmu nie jest prywatnym publicystą. Jest jednym z konstytucyjnych filarów państwa polskiego. Kiedy obce państwo ostentacyjnie „karze” go za opinię, to nie polemizuje z poglądem – ingeruje w symbolikę i hierarchię naszej władzy ustawodawczej. To nie jest dyplomacja. To jest presja.
Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że robią to Stany Zjednoczone – państwo, które od dekad ustawia się w roli globalnego nauczyciela demokracji. Wolność słowa, pluralizm, twarda debata, prawo do krytyki władzy – te hasła słyszymy z Waszyngtonu regularnie, często w tonie mentorskim. Ale najwyraźniej wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się urażona duma amerykańskiej polityki wewnętrznej.
Amerykańscy politycy i dyplomaci bez wahania komentują reformy w Europie, krytykują rządy, oceniają wybory, wywierają naciski, wygłaszają „zaniepokojenia”. Robią to jawnie, głośno i bez pytania o zgodę. Gdy jednak europejski – w tym wypadku polski – polityk odważy się na ostrą ocenę jednego z ich liderów, odpowiedzią nie jest polemika, lecz ostrzegawczy strzał.
To obnaża brutalną asymetrię, która w relacjach polsko-amerykańskich wciąż bywa zamiatana pod dywan. Oficjalnie jesteśmy sojusznikami. W praktyce czasem traktuje się nas jak młodszego partnera, który powinien znać swoje miejsce i nie podnosić głosu w niewłaściwym momencie. A przecież sojusz, który wymaga autocenzury jednej strony, przestaje być sojuszem – zaczyna przypominać relację klient–protektor.
Dlatego reakcja premiera Donalda Tuska była nie tylko uzasadniona, ale konieczna. To nie była obrona konkretnego polityka ani jego słów. To była obrona zasady, że w Polsce o Polsce i z pozycji polskich instytucji mówi się bez uzyskiwania certyfikatu akceptacji od ambasady jakiegokolwiek państwa. Gdy premier mówi, że sojusznicy nie powinni się pouczać, w istocie mówi: „szacunek działa w obie strony albo nie działa wcale”.
Bo dziś chodzi o Czarzastego. Jutro może chodzić o kogoś z innej opcji politycznej. O ministra, o posła, o prezydenta. Precedens już został ustanowiony: za niewłaściwe słowa grozi dyplomatyczna chłosta. Jeśli go nie nazwiemy i nie odrzucimy, stanie się normą.
To wszystko nie jest antyamerykanizmem. To nie jest kwestionowanie NATO ani strategicznego partnerstwa. To jest elementarna obrona godności państwa, które ma prawo do własnej debaty, własnych sporów i własnych ocen – także wtedy, gdy są one dla kogoś niewygodne. Polska nie musi nikogo obrażać, ale nie ma też obowiązku chodzić na palcach, kiedy mówi własnym głosem.
Sojusze są trwałe tylko wtedy, gdy opierają się na wzajemnym szacunku, a nie na nerwowych reakcjach i karaniu za słowa. Jeśli Stany Zjednoczone naprawdę chcą być postrzegane jako lider wolnego świata, powinny zacząć od tolerowania wolności słowa także wtedy, gdy nie jest ona dla nich miła. Inaczej cała ta opowieść o wartościach pozostanie jedynie dobrze opakowanym sloganem”.
👉Problemem nie jest tylko obecna amerykańska administracja, choć ta obecna, to jest z jednej strony dramat, a z drugiej szok jakiego właśnie Europa bardzo potrzebowała. A jak ktoś ma wątpliwości, to polecam posty: